Branża domenowa to czysty kapitalizm – inwestorzy płacą sobie ogromne pieniądze, aby zdobyć domeny, które następnie parkują, wyświetlają na nich reklamy, albo zamieniają w „ministrony” o bzdurnej zawartości, którymi spamują wyszukiwarki. Prawdziwa walka na noże toczy się jednak wokół „spadających” domen, których właściciele zapomnieli je odnowić. W takich właśnie warunkach doszło do skandalu, który poruszył nawet tymi bezwzględnymi ludźmi.
Jedną z największych na światowym rynku firmą, która zajmuje się biznesem przechwytywania domen, jest SnapNames. Codziennie spośród spadających tysięcy domen firma wychwytuje te najciekawsze – które są w stanie przynieść choć kilka dolarów rocznie zysku z wyświetlanych reklam – i następnie wystawia je na aukcje, w których inwestorzy domenowi licytują się, ile to gotowi są za taki skarb dać.
Cóż, kapitalizm – każdy prorynkowo zorientowany człowiek by uznał, że nie ma nic niewłaściwego w takim biznesie. Jednak okazało się, że SnapNames znalazła niezłą metodę na wyciśnięcie z domenowych inwestorów znacznie więcej, niż sami by gotowi byli dać. Od 2005 roku jeden z wyżej postawionych pracowników firmy uczestniczył w aukcjach, aby podbijać ich ceny.
Nie było to takie zwykłe podbijanie cen, jakie znamy z serwisów aukcyjnych. Tutaj firma kontrolowała wszystkie dane, włącznie z maksymalną ceną, którą gotowi byli zapłacić uczestnicy. Startujący pod nickiem halvarez gracz wiedział, do jakiego poziomu może licytować, aby zmusić pozostałych uczestników do zapłacenia jak najwyższej kwoty. Firma gwarantowała mu, że w razie, gdyby przypadkiem wygrał, nie zostanie zmuszony do zapłacenia za domenę, wszystkie rachunki będą wyzerowane.
Po ujawnieniu całej afery, SnapNames stwierdziło, że jedynie 5% domen w ten sposób sprzedanych było dotkniętych taką praktyką. Jednak nie wygląda to na uczciwe wyjaśnienie. „Najdroższe domeny stanowią znaczącą część całego przychodu, zatem te 5% równie dobrze mże odpowiadać za ponad 50% wszystkich przychodów” – pisze zniesmaczony Michael Arlington z TechCruncha.
Teraz przechwytywacze domen obiecują swoim klientom zwrot różnicy między faktycznymi kwotami zwycięskich aukcji a kwotami, które zostałyby osiągnięte, gdyby nie działania halvareza. Jeśli zwycięzca zapłacił 100 USD, halvarez licytował do 90 USD, maksimum trzeciej osoby wynosiło 80 USD a minimalna kwota podbicia wynosiła 5 USD, to wówczas w normalnych warunkach zwycięzca zapłaciłby 85 USD – a więc SnapNames zwróci 15 USD plus ustawowe odsetki.
Jednak zanim pokrzywdzeni inwestorzy domenowi dostaną swoje pieniądze, mają podpisać umowę, na mocy której zrzekają się wszelkich innych roszczeń wobec firmy. Nawet jeśli odszkodowania zostałyby niewłaściwie wyliczone, klienci nie będą mogli już więcej niczego żądać.
Skąd jednak ma być wiadomo, kto ile stracił? SnapNames ostrzega swoich klientów „Bądźcie gotowi przedstawić dokładne dane i informacje związane z aukcjami, w razie gdyby się różniły od tego, co wam przedstawiliśmy”. Jak skomentował to jeden z klientów: „trudno to zrobić, skoro Snap usunął większą część historii aukcji”.
Po towarzyszącej tym rozstrzygnięciom medialnej krytyce firma zdecydowała się na większą jawność – poinformowała, że udostępni każdemu licytującemu zapisy ze wszystkich aukcji, w których uczestniczył halvarez – od sierpnia 2004 roku. Czy to jednak wystarczy by oczyścić imię firmy w tym całym interesie?
Źródło: DomainNameNews.com, DomainNews.com, TechCrunch.com